Advertise here

Uniwersytet Gdański – co cię tam czeka? Część druga.

Opublikowane przez Ola Noga — 3 lat temu

Blog: 46 państw Europy przed 30-stką.
Oznaczenia: Erasmusowy blog UNIV-GDA, UNIV-GDA, Polska

Na temat Uniwersytetu Gdańskiego mogłabym pisać godzinami. Trochę fajnych i niefajnych akcji już tu przeżyła (a minęły dopiero dwa lata!). Zaraz koniec studiowania w Gdańsku, zaraz będzie czas pożegnać na zawsze cały ten harmider – ufff, chyba nie będę tęsknić. Jak to możliwe, zapytacie? Zapraszam do dalszej lektury.

Organizacja czasu, pracy i miejsca (akcji).

Jak zawsze, pierwszy akapit będzie najgorszy, najsmutniejszy i najbardziej krytyczny – od zła trzeba zacząć, na dobrze skończyć. Organizacja czasu, pracy i miejsca – och, jak to ładnie brzmi. Niestety, cały ten fragment, który zaraz przeczytacie, powinien być zatytułowany raczej „Brak jakiejkolwiek organizacji na Uniwersytecie Gdańskim”. Nie chciałam być jednak aż taka krytyczna na samym początku. Dobra, zaczynajmy.

  • Kilka dni przed rozpoczęciem zajęć w październiku zawsze dostajemy plan (wiem, bardzo szybko). I wcale nie byłoby to aż takie złe, wcaleee… ale na roku mamy również osoby pracujące lub wychowujące dzieci, które z wielką chęcią dowiedziałaby się wcześniej, jak układać sobie życie. Niestety, władze uczelni nic sobie z tego nie robią, a my jakoś żyć musimy, i żyjemy. Tragicznie jednak robi się, gdy plan ulega zmiano po raz drugi, trzeci, czy czwarty.
  • Co dalej do tego czasu? No słuchajcie, czasami wychodzi tak, że przez cały dzień mam tylko cztery i pół godziny zajęć – świetnie, nie? Każdy student o czymś taki marzy, wiem. Uwaga, uwaga, nie jest tak kolorowo, nie na Uniwersytecie Gdańskim, nie! Najczęściej jest tak, że pomiędzy tymi kilkoma zajęciami ktoś wciśnie okienko lub dwa (jak trzy to już jest tragedia maksymalna). NIe wiem, jak oni te plany układają, kto jest takim świetnym logistykiem, ale chętnie bym się dowiedziała i pogratulował. (dobra, może się mądrzę, może oni tak muszą)
  • Co czasu, to także możemy zaliczyć egzaminy, które czasami są odwoływane i przekładane dzień lub dwa wcześniej (opisywałam gdzieś na samym początku prowadzenia bloga moją super-extra fajną akcję przez wyjazdem na Erasmusa, gdzie to egzamin mi odwołano, a następnie znowu go przywrócono. Co się wtedy stało? Musiałam odwoływać wyjazd zagranicę, całe szczęście jechałam samochodem, a nie leciałam samolotem).
  • Organizacja miejsca (akcji)? Że o co mi chodzi? O sale wykładowe, ćwiczeniowe i wszystkie inne, jakie tylko są. Przedstawię wam to na przykładzie: idziemy z grupą do sali, która powinna być miejscem naszych zajęć, ciągniemy za klamkę i zauważamy, że na miejscach siedzą obcy studenci – „wy tu nie macie” – krzyczą. Tak, to nie pomyłka ani nasza, ani ich. Z wydziale filologicznym od dawna trwa walka o but, przepraszam, o sale lekcyjne. Studenci lub wykładowcy biegają po piętrach w poszukiwaniu schronienia dla siebie i reszty grupy. I powiecie, że przesadzam, że to przecież nic takiego... Zapraszam na mój wydział, pobiegacie sobie przez pół roku, to wam myślenie się zmieni.
  • Organizacja pracy – nie wiem, czy to również nie powinno inaczej brzmieć, może tak: „Brak organizacji pracy” lub „Brak odpowiedniej wiedzy”. Na UG nikt nic nie wie i każdy ciągle się myli (oczywiście w taki sposób, że się do tego nie przyznaje). Najlepszym przykładem są sytuacje przederasmusowe i poerasmusowe. Koordynatorzy nie posiadają odpowiedniej wiedzy na temat Erasmusa, nie informują studentów o najistotniejszych kwestiach, bardz często z wielkim opóźnieniem odpisują na maile, podają fałszywe informacje. Tutaj, żeby tak nie narzekać, to pochwalę Biuro Wymiany Zagranicznej Uniwersytetu Gdańskiego. Panie, które tam pracują zawsze są dobrze poinformowane, służą radą i pomocą. Naprawdę, jeśli kiedyś będziecie mieć jakiś problem z Erasmusem, idźcie od razu do Biura, nie do koordynatora. Dobra, narzekajmy dalej. Z tą ich organizacją pracy jest tak, że jej nie ma lub jest słaba. To studenci bardzo często – a raczej zawsze – muszą dbać, żeby oceny zostały wystawione, Portal Studenta zamknięty tak, jak powinien (mam tu na myśli, przepisywanie ocen z studiów wyjazdowych).

Wyżej opisałam najgorsze według mnie wady ugieowskiej pracy. Pamiętajcie, że tyczy się to wyłącznie wydziału filologicznego i jest to moje osobiste zdanie. Ktoś może się z tym nie zgodzić, i spoko. Powinnam napisać też o tych dobrych stronach pracy wykładowców, powinnam, ale tego nie zrobię. Przyjdźcie na Uniwersytet Gdański, wejdźcie na jakiś większy wykład (nikt was nie wyrzuci, bo nikt was nie zauważy, studenci to pionki) i sami oceńcie.

Gdzie iść podczas okienka.

Jak już tak się rozpisałam o tym, że nie ma organizacji na UG, to dam wam kilka rad, polecę miejsca, gdzie możecie spędzać swoje długie okienka. Na samym początku rady: masz czas? Zacznij czytać lektury! Sesja zawsze zjawia się znienacka, a nawet jedna więcej książka przeczytana wcześniej może dużo ci dać. Nudzisz się? Idź napisz tą cholerną pracę roczną do biblioteki. W ferie, czy przerwę świąteczną nic nie ruszysz – przerabiałam to kilka razy. Rób zgapy na najbliższą sesję, jeśli już znasz obowiązujący cię materiał. Mi pisanie profesjonalnych ściąg czasami zajmuje kilka godzin, a właśnie takie warto mieć. Wyobrażacie sobie zostać złapanym na ściąganiu? Na studiach? Tragedia.

Gdzie iść pomijając jadłodajnie, które wymieniłam w poprzedniej notce? Do Manekina! Znajduje się on zaraz przy samym Uniwersytecie, pomiędzy biblioteką, a wydziałem nauk społecznych (ulica Grunwaldzka 270). Co to jest, ten Manekin? Restauracja urządzona w bardzo klimatyczny sposób. Popatrzcie na zdjęcia, nie oddają prawdziwego klimatu tego miejsca, ale zawsze coś tam już zobaczycie.

uniwersytet-gdanski-e-czeka-czesc-druga-

uniwersytet-gdanski-e-czeka-czesc-druga-

uniwersytet-gdanski-e-czeka-czesc-druga-

Największym rarytasem tej jadalni są naleśniki, przyrządzane na różne sposoby. Sama w Manekinie byłam tylko dwa razy. Raz jadłam coś na słodko, raz na słono. I uwaga, chwalę te miejsce, bo uwielbiam klimat tam panujący, co do jedzenia jednak nie jestem, aż taka przekonana. Fakt, porcje są ogromne (nigdy nie udało mi się dokończyć dania), ceny normalne, ale zawsze czegoś jest za wiele lub za mało. Pierwsze naleśniki były zbyt przesłodzone, a drugie jakby nieprzyprawione i lekko kwaskowate. Możliwe, że innym dania smakują, bo Manekin jest bardzo oblegany w weekendy i wieczory w tygodniu. Czasami zdarza się, że trzeba czekać kilkanaście minut, aż kelnerka wpuści nas do środka i wybierze miejsce (pewnie dlatego tak rzadko tam jadam, nie jestem zbyt cierpliwa). Poskarżyć nie można się na obsługę, która to zawsze (tak, wiem, byłam aż dwa razy) jest uśmiechnięta, miła i w pełni profesjonalna. Ja oczywiście znowu o jedzeniu rozpisują się najwięcej, taki jest żywot smutnej grubaski, przejdźmy do innych form spędzania czasu w pobliżu Uniwersytetu Gdańskiego.

Niedaleko od UG znajdziemy przepiękny Park Oliwski im. Adama Mickiewicza. Tutaj dosłownie na nic nie mogę się poskarżyć. Uwielbiam to miejsce, w szczególności wiosną, gdy wszystkie rośliny zaczynają kwitnąć. Park ma około jedenastu hektarów i dość długą historię (tutaj o niej w skrócie - https://www.trojmiasto.pl/Park-Oliwski-o779.html). Wstęp do tego zielonego miejsca jest wolny, ale trzeba pamiętać, że bramy nie zawsze są otwarte (czynny od maja do września w godzinach: 5-23. Od października do kwietnia 5-23). Oprócz wspaniałych roślinności na zewnątrz możemy też zobaczyć wejść do zabytkowej palmiarni (wstęp od od maja do października w godzinach 9-17, darmowy). Znajdziemy tam takie rośliny jak: bananowce, araukarie, filodendrony, aloesy, agawy, opuncje, fikusy, kaktusy, sagowce, palmowce itd. Będąc w tym miejscu warto zwrócić uwagę na daktylowiec, który ma ponad sto osiemdziesiąt lat i jest jedynym takim okazem w Polsce. Ale nie tylko roślinami i jedzeniem człowiek żyje. Oprócz pięknych kaktusów, fikusów i innych, możemy tez pogapić się na stawy wodne i zgromadzone przy nich dziesiątki kaczek oraz innych ptaków. Szczerze polecam to miejsce wszystkim, który lubią odpoczywać na łonie natury. Takie miejsca w miastach to prawdziwy skarb.

uniwersytet-gdanski-e-czeka-czesc-druga-

uniwersytet-gdanski-e-czeka-czesc-druga-

uniwersytet-gdanski-e-czeka-czesc-druga-

Gdzie warto mieszkać?

Ta sprawa wydaje się bardzo istotna dla przyszłych studentów. Zawsze jak najlepiej jest wybierać stancje położone najbliżej uczelni. Wiadomo, w czasie długich okienek można pójść coś zjeść albo po porostu się przespać. Mi nigdy nie udało się mieszkać w pobliżu uczelni. Na pierwszym roku mieszkałam w dzielnicy Śródmieście. Bardzo blisko miałam do Starówki, jednak na UG aż siedem, czy tam osiem kilometrów. Taką trasę tramwajem pokonuje się przez około czterdzieści minut, samochodem, jeśli nie ma korków mniej więcej piętnaście, dwadzieścia minutek. Na drugim roku wybrałam Siedlce. Stąd było troszkę szybciej i wygodniej (tramwaje bez żadnych przesiadek i w lepszym stanie). Skusiło mnie ładne mieszkanie, garaż podziemny i tylko o stówkę wyższe opłaty. Po powrocie z Krakowa wracam na stare śmieci, na osiedle przy przystanku Głęboka, bo planuję mieszkać razem z przyjaciółką, ale, jeśli miałabym wam doradzać, to polecam szukać mieszkania we Wrzeszczu (wszędzie blisko, wszystko pod ręką), Przymorzu, Zaspie, Strzyż lub samej Oliwie (tutaj trzeba dokładnie sprawdzać odległości na mapie, Oliwa jest ogromna). A, nie wiem, czy wspomniałam, Uniwersytet Gdański leży na pograniczu Przymorza z Oliwą.

uniwersytet-gdanski-e-czeka-czesc-druga-

Ceny mieszkań w Trójmieście najwyższe są w miesiącach lipiec-wrzesień. Za pokój w średnim standardzie zapłacicie najmniej siedemset złotych, za luksus czasami nawet powyżej tysiaka. Ceny te oczywiście tyczą się dzielnic dość blisko położonych od uniwersytetów. Ja za swoją pierwszą stancję płaciłam lekko ponad siedem stów, za drugą równe osiemset złotych. Standar był w tych dwóch mieszkaniach nieporównywalny. Pierwsze mieszkanie mieściło się w starym bloku, kuchnia była maluteńka, a łazienka potrzebowała odświeżenia. Pokój rozmiarowo przypominał ten w drugim mieszkaniu (miejsce na łóżko, biurko, średnią szafę i fotel – dość mała kliteczka), ale wyglądem już nie. Pierwszą rzeczą po moim wprowadzeniu było pomalowanie ścian. Nie wiem, kto wymyślił modę na żółte ściany, ale dopuścił się grzechu. Później już godzinami tylko sprzątałam i likwidowałam pleśń w łazience. Drugie mieszkanie może też nie należało do największych, ale kuchnia był piekarnik, zmywarka i większość potrzebnych sprzętów. Z łazienki nie chciało się wychodzić, przeszkolony, nowoczesny prysznic (który swoja drogą czyściło się tragicznie) wołał tylko „no weź, chodź, popluskaj się trochę”.

Dojazd do uczelni z różnych części miasta jest raczej taki sam, wszędzie praktycznie dojeżdżają autobusy i tramwaje (nie piszę tutaj oczywiście od oddalonych od centrum nie wiadomo ile kilometrów dzielnicach), gorzej jest z Szybką Koleją Miejską, która jest bardzo pomocną opcją, gdy nie stać was na taksówkę, a jedziecie na imprezę. Warto więc wybierać miejsca, gdzie mamy blisko do tych trzech środków transportu. Ceny za bilety w Gdańsku nie są wysokie, o ile dobrze pamiętam, miesięczny dla studentów kosztuje czterdzieści sześć złotych i obowiązuje na wszystkich linia i środkach transportu oprócz SKMki. Tutaj macie rozkłady jazdy i więcej informacji na temat cen oraz przystanków - http://www.ztm.gda.pl/hmvc/index.php/test/wiecejt/tar_bo.

Chciałabym wam opisać, jak wygląda sprawa z akademikami, ale nigdy w nich nie była i nic kompletnie nie wiem. Tutaj znajdziecie podstawowe informacje - http://ug.edu.pl/studenci/studia_i_i_ii_stopnia/sprawy_socjalne/akademiki.

Zdjęcie mapki pochodzi ze strony: http://pl.gdanskw.wikia.com/wiki/Plik:Dzielnice-mapa.jpg

Jacy są nasi profesorowie?

Jak wszędzie i ze wszystkim, różni. Jedni zarażają miłością do literatury, inni zrażają do ukochanego kierunku studiów. Większość prowadzących zajęcia jest jednak dziwna. Mamy taką jedną panią, która swoją wiedzą zawstydza niejednego człowieka, jednak z wyglądu przypomina menela spod sklepu monopolowego. Ma w sobie coś z brudasa i osoby niepełnosprawnej umysłowo. Jeśli kiedyś wybierzecie się na mój wydział i zaczniecie jakiś kierunek na pewno ją poznacie, i na pewno będzicie od razu wiedzieć o kim teraz piszę. Ta pani, choć wiedze posiada ogromną, kompletnie nie potrafi jej przekazać, a na egzaminach wymaga wiele. Nie jest jednak aż taką tyranką, daje wiele prób, kół ratunkowych i telefonów do przyjaciela. Nieraz potrafi zaskoczyć swoją ciętą ripostą i urażającym nowych studentów komentarzem. Kobieta jest bardzo oryginalna i przez większość uczniów nielubiana, jednak to ona należy do grona tych pedagogów, którzy swoją upierdliwością zmuszają nas do nauki, której efekty faktycznie zostają w głowach. Innym przykładem są profesorowie wiecznie zabiegani. Często kończą zajęcia przed czasem, machają ręką na nieobecności i nieoddane prace. Zawsze można się z nimi dogadać, bo i tak nigdy czasu nie mają na przeglądanie naszych wypocin. Podejrzewam, że nawet nie czytają większości oddanych przez studentów prac rocznych, czy semestralnych. Wstawiają czwórę, żeby już się wszyscy małolaci odczepili – kochamy takich prowadzących! Do trzeciej grupy należą prawdziwi pasjonaci, którzy potrafią opowiadać godzinami o wybranych autora, czy książkach. Przykładają się do pracy, chcą przekazać jak najwięcej. Na początku studiów tacy wykładowcy wydawali się zbyt natrętni, zbyt natarczywi, teraz doceniam ich strasznie mocno. To dzięki ich wysiłkowi bez większych problemów później zalicza się najtrudniejsze egzaminy. Życzę wam, żebyście takich ludzie na swojej uczelni spotykali jak najczęściej (niestety wiem, że jest ich bardzo mało).

Jacy są studenci na wydziale filologicznym?

Odpowiedź brzmi: brzydcy. Ha ha, teraz się pewnie ze mnie śmiejecie, bo przecież ja sama tam studiuje. No cóż, nie będę kłamać, na naszym wydziale zobaczymy najwięcej lasek w zielonych lub fioletowych rajstopach. Najwięcej kolesi z torbami na jedno ramię w stylu lat dziewięćdziesiątych z fryzurą typu „nie czeszę się od roku, nie ścinam włosów od dzieciństwa”. Nie dziwcie się, większość z tych ludzi lubi siedzieć w książkach, zapominać o rzeczywistości. Widzicie, ich jakoś można jeszcze usprawiedliwiać, ale tych z wydziału matematycznego lub Politechniki Gdańskiej (http://pg.edu.pl/)? Oni są jeszcze gorsi, a raczej nie spędzają życia na przenoszeniu się do wciągającego świata fikcji.

Wielu ludzi na wydziale filologicznym – wydaje się – że jest tam całkowicie przez przypadek. Wszystkie przedmioty idą im słabo lub bardzoooo marnie, na zajęciach się nie odzywają, a egzaminy zdają w setnych terminach. Nie wiem, czemu tak jest. Może dlatego, że większość osób myśli, że na filpolu to tak łatwo jest, a później, gdy dosięgną prawdy, są już pod koniec pierwszego semestru i boją się powiedzieć rodzicom, że chcą zrezygnować i iść do pracy. Nie wiem, nie rozumiem ich i zrozumieć nie chcę.

O tym, że ludzie są fałszywi pisać nie będę, bo to każdy wie. Tacy są wszędzie i zawsze. Warto wspomnieć o tym, że wiele osób jest naprawdę pomocnych i bezinteresownych, przynajmniej ja na takich trafiałam (poza swoją grupą w większości).

uniwersytet-gdanski-e-czeka-czesc-druga-

Czy polecam wam wydział filologiczny Uniwersytetu Gdańskiego?

Nie! Zadowolona jest z tego, że studiują, że poznałam wielu fantastycznych ludzi, że ciągle mam możliwość wyjeżdżania na inne uniwersytety, ale to, co dzieje się pod względem organizacyjnym jest tragiczne i zasłania wszystkie zalety UG. Dodatkowo, ogromny problem tej uczelni są profesorowie, którzy traktują studentów jak gówno. Nie uznają żadnych praw i zasad (chyba, że swoje własne). Często wiele nie wiedzą, kłamią i utrudniają życie. Teraz po swoim wyjeździe mam porównanie z inną uczelnią i widzę, jak to wszystko powinno wyglądać. Gdybym jeszcze raz stanęła przed wyborem uczelni, to na pewno nie poszłabym na Uniwersytet Gdańsk.


Galeria zdjęć


Komentarze (0 komentarzy)


Chcesz mieć swojego własnego Erasmusowego bloga?

Jeżeli mieszkasz za granicą, jesteś zagorzałym podróżnikiem lub chcesz podzielić się informacjami o swoim mieście, stwórz własnego bloga i podziel się swoimi przygodami!


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Proszę chwilę poczekać

Biegnij chomiku! Biegnij!